Tyłek trzeba oderwać od stołka i przewietrzyć od czasu do czasu szare komórki.
Obeszłam moje chaziajstwo w koło.
Ptactwo znalazłam nie na swoim miejscu, więc sio! na swoją stronę.
Nie tylko skrzeczące, ale i klujące też są piękne.
Po biały dywanie też się przeszłam.
Do domu przyniosłam bukiet pachnących kwiatów i...
kleszcza !
Równo minął roczek jak miałam ostatnią przyjemność z tym pajęczakiem. Skubaniec wpił się w takie miejsce, że nie mogłam sama do dopaść. Wcześniej wyczuł go mój "pies ogrodnika"czyli kot i chciał pomóc- efekt zadrapań widać. Bez aktualnego szczepienia na wściekliznę udałam się do weterynarza. Nie z kotem- kot zaszczepiony. Stanęłam z przyczepionym "zwierzęciem" do boku i poprosiłam o usunięcie tego darmozjada. To raczej ja byłam skąpym dawcą, ponieważ uwieszony był dwie doby, a jakoś nie przytył. No cóż biedak chyba w miedzy czasie padł z głodu, lub zatrutej krwi. Bo cóż tu podjeść z suchej wiedzmy? Weterynarz był łaskaw, bez uiszczenia za usługę, usunąć mi sublokatora. Uffff!- na przyszłość mam nie gmerać sama, ale przyjść od razu (sic)





























